
Wszyscy chyba znamy legendę o hrabim Draculi, zamieszkującym zamek w Transylwanii. O wampirze żywiącym się w nocy ludzką krwią za pomocą swych długich, ostro zakończonych kłów, a w dzień chowającym się w trumnie. O wampirze wystrzegającym się krucyfiksu, czosnku, wrażliwym na światło, nie mającym swego odbicia w zwierciadle, mogącym przeistaczać się w nietoperza, wilka lub inne zwierzę. O wampirze pozostającym nieśmiertelnym do czasu, aż jego ciało nie zostanie przebite kołkiem, a głowa odcięta.
Jestem niestety skłonna stwierdzić, że w dobie „nowych” wampirów, sporo z nas nie pamięta tych stworzeń w sposób, w jaki przedstawiano je w przeszłości. Współcześni autorzy coraz częściej kreują je jako istoty dobre, bratające się z człowiekiem. Zamiast stanowić dla niego zagrożenie życia, są w stanie kontrolować swoje pragnienie ludzkiej krwi. Nie śpią już w trumnach, a w promieniach Słońca zamiast spalać się, jedynie lśnią. Ja zdecydowanie bardziej preferuję pierwowzór tych stworzeń mroku. Dlatego też postanowiłam przeczytać klasyczną powieść grozy „Draculę” Brama Stokera i przypomnieć sobie właśnie ten archetyp.
Jak to niestety często bywa, dzieła klasyczne nie okazują się takimi, na jakie mamy nadzieję. Są ciekawe, ale nie porywające. W moim przypadku było tak właśnie z opowiadaniami Edgara Allana Poe. Z jednej strony fascynujące, ale i nierzadko zdarzały się też takie momenty, w których dłużyło mi się niesamowicie. „Draculę” oceniam podobnie. Bardzo spodobał mi się początek, kiedy to akcja toczyła się w zamku tytułowego bohatera. Gdy jednak Jonathan zdołał się stamtąd wydostać, już przez znaczną część książki tak naprawdę nic szczególnego się nie działo. Pokładałam nadzieję w zakończeniu. Niestety i ten nie okazał się dla mnie zachwycający. Nie wspomnę jaki był finał losów postaci, bo może ktoś jeszcze nie czytał „Draculi”. Język Stokera także nie wynosi się ponad przeciętność. Jest po prostu przystępny dla każdego czytelnika. Mało tu chwil strasznych, zapierających dech w piersiach.
Miałam nadzieję, na coś bardziej trzymającego w napięciu, ale cieszę się, że miałam możliwość powrócić do tych czasów, kiedy przed wampirami drżało się ze strachu :)
Mimo wszystko i tak pewnie kiedyś sięgnę, żeby się samemu przekonać :)
OdpowiedzUsuńA co do E.A Poe, również czytałem i niektóre opowiadania były bardzo nużące więc się zgadzam :))
Pozdrawiam
Czytałam, to klasyka. Bardzo mi się podobało.
OdpowiedzUsuńNie czytałam jeszcze "Draculi" ale mam zamiar to nadrobić. Klasykę horroru trzeba znać :)
OdpowiedzUsuńNie czytałam, jednak mam zamiar to zmienić.
OdpowiedzUsuńSkoro to nic porywającego, odpuszczę sobie. Niech A. Rice i jej wampirza saga służy mi za odtrutkę :P
OdpowiedzUsuńOj, znam tą powieść, znam, ale do czytania raczej się nie przymierzam... na razie. ;)
OdpowiedzUsuńKochana, do 'Historii Lisey' miałam trzy podejścia i... nie przeczytałam ostatnich 20 stron :D.
OdpowiedzUsuńCo do Draculi - wstyd przyznać, ale jeszcze nie czytałam... poprawię się w najbliższym czasie :).
Tak to jest z tymi klasykami, że czasem ciężko jest im przebić się ponad własną legendę :) Ambitnie postanowiłam kupić Drakulę po angielsku... Czy uda mi się przeczytać? Mam nadzieję :)
OdpowiedzUsuń